11 maja 2026

W DESZCZU I W CHMURACH



Wtorek wita nas całkiem pogodnym porankiem, ale patrząc na prognozy nie spodziewamy się że ten stan utrzyma się długo. Ogarniamy się więc sprawnie i podjeżdżamy kolejką do znanej nam już z wczorajszego rekonesansu Tatrzańskiej Polanki. Widoki na razie mamy średnie, bo już przyszły chmury, ale nic to, później może się przewieje i co nieco zobaczymy. Mamy nadzieję, że zdążymy gdzieś dotrzeć przed deszczem, jeśli mamy zmoknąć to lepiej dopiero w drodze powrotnej 😉

Ruszamy zielonym szlakiem (początkowo asfaltem, potem odbijamy w las) pod górę. Szlak jest całkiem przyjemny, droga mija nam szybko i po niespełna 2 godzinach jesteśmy na Wielickiej Polanie. Mamy nawet trochę widoków, korzystamy więc z okazji i robimy przerwę na zdjęcia. Do stawu mamy jeszcze kawałek, teraz nie idziemy już lasem, tylko po kamieniach wśród kosówek. Udaje mi się uchwycić na zdjęciu potężny masyw Gerlacha zanim zakryły go chmury, od dłuższego czasu widać też schronisko. Śląski Dom to właściwie hotel górski, ale atmosfera jest całkiem przyjemna, może ze względu na piękne otoczenie. Z ciekawości zerkam na ceny w bufecie, nie jest źle, niższe niż w Murowańcu. 














Pogoda na razie jako tako się trzyma, jest sporo chmur, ale nie pada. Chodzi mi po głowie, żeby przejść jeszcze Magistralą do Batyżowieckiego Stawu, ale najpierw chcę podejść kawałek szlakiem w stronę Polskiego Grzebienia, żeby zobaczyć tzw. Wielicki Ogród. Jest początek lipca i powinno być sporo kwiatów. Namawiam resztę rodzinki, żeby poszli ze mną i rzeczywiście kawałek idziemy wszyscy, ale Zuzia marudzi, w dodatku zaczyna kropić, więc Marcin z dziećmi schodzi do schroniska, a ja dalej idę sama. Mimo drobnego deszczyku widoczność jakaś tam jest. Wielicki Ogród okazuje się dość uroczym trawiastym wypłaszczeniem w samym sercu gór. Rzeczywiście rośnie tam sporo kwiatów i wygląda to bardzo ładnie, ale spodziewałam się, że będzie bardziej kolorowo... A może to pogoda jest winna, bo pada coraz bardziej i zrobiło się szaro buro. Nic tu po mnie, robię kilka zdjęć i zaczynam schodzić. Robi się ślisko, więc idę powoli i moknę coraz bardziej 😉 




















Rodzinka czeka na mnie w Śląskim Domu, mogę chwilę ochłonąć i zmienić mokrą koszulkę na suchą bluzę, zbroimy się też w peleryny i szykujemy do zejścia, asfaltem, bo w czasie deszczu będzie łatwiej niż po śliskich kamieniach. W połowie drogi przestaje padać i nawet się przejaśnia, trochę mi żal że odpuściliśmy przejście Magistralą nad Batyżowiecki Staw, ale w piątek okaże się że to była dobra decyzja, zejście Doliną Batyżowiecką po deszczu z pewnością nie należałoby do przyjemności...




W środę rano pada, czekamy aż przestanie, a w międzyczasie zastanawiamy się gdzie by się wybrać. Prognozy na dziś i jutro ogólnie są mocno średnie, więc nigdzie daleko raczej nie poleziemy. W końcu zaczyna się przejaśniać, jedziemy więc do Strbskiego Plesa pospacerować wokół jeziora. Spacer okazuje się całkiem przyjemny, odsłaniają nam się nawet widoki na pobliskie szczyty. Wieczór spędzamy w towarzystwie naszych gospodarzy, umawiamy się na jutro po południu na wspólne gotowanie polskich potraw - robię listę zakupów, najdłużej zajmuje mi wytłumaczenie po słowacku czym jest zakwas na barszcz 😉










W czwartek przeczekujemy poranny deszcz, a potem jedziemy do Tatrzańskiej Łomnicy pozwiedzać. Najbardziej podoba nam się Muzeum TANAPu, no i widok na potężny masyw Łomnicy. Poza tym nie ma tu zbyt wielu atrakcji, za to ludzi jak na Słowację bardzo dużo, zapewne z powodu kolejki na szczyt. W Tatrzańskiej Łomnicy byłam kiedyś z rodzicami jako dziecko, zapamiętałam z tamtego wypadu tylko brudną cukiernię pełną os 😆 Ale to były wczesne lata 90, od tego czasu sporo się zmieniło. Kręcimy się trochę bez celu i wracamy na stację, żeby złapać pociąg. Popołudnie i wczesny wieczór spędzam zgodnie z umową przy garach, w bardzo miłej i wesołej atmosferze. Z racji braku typowego zakwasu do barszczu wykorzystuję zakupiony przez gospodarzy wyciąg z buraków i przyprawę w proszku, a zakwaszam go zwykłym octem, efekt jest zadowalający. 












Pierogi ruskie udały się znakomicie, podobnie szarlotka. Wszystkim bardzo smakowało, do kolacji było też oczywiście winko i śliwowica. Zauważyłam, że z każdym kolejnym kieliszkiem lepiej dogadujemy się po Słowacku 😆


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz