8 lipca 2019

PIĘKNA NASZA POLSKA CAŁA - TRZYDNIOWY TRIP DO LUBLINA


To pierwsza nie-górska relacja (w ogóle pierwszy nie-górski tekst) na blogu. Ponieważ blog jest zasadniczo o charakterze górsko-podróżniczym to temat jak najbardziej się łapie. Jak to się w ogóle stało, że zaniosło mnie w ten rejon Polski, w którym moja noga jeszcze nigdy wcześniej nie postała? Od roku moja młodsza siostra jest studentką behawiorystyki zwierząt na Uniwersytecie Przyrodniczym właśnie w Lublinie. W czasie roku akademickiego wynajmuje tam przytulny pokoik na stancji prowadzonej przez siostry zakonne i w połowie czerwca, po skończonej sesji wróciła na wakacje do domu. Z racji sporego bagażu pojechali po nią rodzice, więc skorzystałam z okazji na zwiedzenie zupełnie nieznanego mi zakątka Polski i zabrałam się z nimi. 


Wyjechaliśmy w piątek rano. O samej podróży zbyt wiele nie napiszę, jak już pewnie wspominałam w poprzednich relacjach, cierpię na chorobę lokomocyjną więc przy dłuższej podróży samochodem czy autobusem bez Aviomarinu ani rusz. Dzięki temu podróże mijają mi bezproblemowo, ale też sennie. Wiem tylko, że jechaliśmy przez Kielce i Annopol, a postoje robiliśmy w Szczekocinach na śniadanie i jeszcze w jakiejś małej miejscowości, około godzinę przed Lublinem, gdzie ciekawostką były napisy na sklepiku przy stacji benzynowej - w języku rosyjskim ;) Do Lublina dojechaliśmy około 16, Marta już niecierpliwie nas wyglądała. Pod wieczór wybieramy się na spacer na starówkę. Idziemy pieszo, najpierw ulicą Lubartowską, która podobno cieszy się złą sławą (czy są ku temu powody nie wiem, ale dawno nie widziałam tak dużej ilości martwych zwierząt na chodniku - ptaków i drobnych gryzoni), następnie Królewską aż pod Bramę Krakowską. Spacerujemy uliczkami starego miasta. Docieramy do Placu po Farze, gdzie dawniej stał XIII-wieczny kościół p.w. Św. Michała Archanioła. Z placu widać między innymi zbudowany w XII wieku, a następnie wielokrotnie przebudowywany Zamek Lubelski, który w latach 1831-1954 służył jako więzienie. Od 1957 roku znajduje się tam Muzeum Lubelskie. Wracamy przez Krakowskie Przedmieście, po drodze mijamy ciekawą atrakcję turystyczną, przygotowaną chyba specjalnie dla fanów Piratów z Karaibów - z okien Trybunału Koronnego wystają ramiona olbrzymiej dmuchanej ośmiornicy Krakena ;) Znów przechodzimy przez Bramę Krakowską i kierujemy się na Plac Litewski. Oglądamy jeszcze Katedrę i Kościół ojców Dominikanów (najstarszy w Lublinie). Na Placu Litewskim odpoczywamy dłuższą chwilę przy dużej fontannie. Wieczór jest bardzo przyjemny, choć nadal jest gorąco, posiedziałoby się dłużej, ale zjawiają się komary, więc udajemy się na przystanek i autobusem wracamy na kwaterę. 

Wąskie uliczki Starego Miasta




A nad uliczkami...


Widok na Zamek Lubelski z Placu po Farze


Kraken w Trybunale Koronnym ;)


Pod Bramą Krakowską


A tu Brama Krakowska z drugiej strony - z oczami ;)


Fontanna na Placu Litewskim




W sobotę, po śniadaniu jedziemy zobaczyć Miasteczko Akademickie - mijamy kolejno Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, Uniwersytet Przyrodniczy na którym studiuje Marta i Katolicki Uniwersytet Lubelski. Stamtąd kierujemy się do Ogrodu Saskiego w poszukiwaniu cienia (od rana żar leje się z nieba). Ogród Saski spodobał mi się chyba najbardziej, tuż obok Starego Miasta. To duży, rozległy Park, przypominający nieco Park Śląski i Park Kościuszki w Katowicach, ale ze znacznie czystszym powietrzem. Główną atrakcją Ogrodu Saskiego były pawie. Widzieliśmy ich kilka, biedaczki były tak wykończone upałem, że kładły się na trawie w zabawny sposób. Moje zainteresowanie wzbudziły też grządki z pięknymi różami w rozmaitych kolorach i urocze altanki. 

Uniwersytet Przyrodniczy, a na jego tle mój tata ;)






Centrum Kongresowe Uniwersytetu Przyrodniczego


Katolicki Uniwersytet Lubelski




Ogród Saski




Nie wiem co to takiego - zdjęcie jako ciekawostka ;)


Próbujemy się dowiedzieć z tabliczki co przedstawia ta rzeźba powyżej ;)








Pawie - tu jeszcze w pełnej krasie






A tu już "padłe" ;)



















W tej pizzerii jedliśmy obiad


Z parku kierujemy się w stronę Uniwersytetu Medycznego i znów na Krakowskie Przedmieście. Pora robi się obiadowa, a my już zapomnieliśmy o śniadaniu, wstępujemy więc do sympatycznej pizzerii. Pizza jest bardzo smaczna, a obsługa miła - zdecydowanie mogę polecić. Po obiedzie, z siostrą oraz mamą wchodzimy na Wieżę Trynitarską - najwyższy punkt widokowy Lublina (40 metrów). Żeby się na nią dostać trzeba pokonać aż 207 schodów. Na początku schodki są kręte i wąskie, a mury dają przyjemny chłodek. Druga połowa wędrówki nie jest już tak przyjemna - wyżej robi się duszno, drewniane schody wyprowadzają nas na kolejne podesty. Wreszcie osiągamy punkt widokowy. Wysokość jest znaczna i odczuwalna - powoduje u mnie zawroty głowy, muszę oswoić się z przestrzenią. W górach zasadniczo nie mam lęku wysokości, choć nie lubię patrzeć w przepaść i raczej nie podchodzę do krawędzi, ale w takich miejscach to co innego.  Odczuwam dyskomfort nawet na balkonie u babci (8 piętro), do balustrady nie podejdę. Pomimo lęku nie przepuszczam jednak okazji obejrzenia miasta z wysoka. Zresztą to nie pierwsze takie miejsce, na które zdecydowałam się wyleźć pomimo kolan miękkich ze strachu - odwiedziłam wieże w Częstochowie i Gdańsku (najwyższa w Polsce) oraz dzwon Zygmunta w Krakowie. Po sesji zdjęciowej na górze schodzimy, uważając by nie zaliczyć swobodnego lotu na stromych stopniach. Po zejściu z wieży idziemy na przystanek i wracamy autobusem odpocząć na kwaterę - upał nas wykończył. 

Kręte podejście na Wieżę Trynitarską














Oswajam się z wysokością ;)


I widoczki z wieży












Tak wygląda obejście wieży dookoła


Tu nawet odważyłam się stanąć tyłem do "przepaści"


Wieczorem wychodzimy jeszcze na spacer (jest nadal gorąco, ale słońce już nie grzeje, więc da się wytrzymać). Zgodnie z moim życzeniem idziemy z bliska obejrzeć i sfotografować Zamek Lubelski, przechodzimy znów przez Bramę Krakowską i kierujemy się do fontanny na Placu Litewskim - mają być pokazy świetlno-muzyczne. Rzeczywiście przy największej fontannie gromadzi się coraz więcej osób, po chwili zaczyna się spektakl. Ma on podłoże historyczne - lektor opowiada o najważniejszych wydarzeniach, a muzyka i podświetlenie dają wspaniały efekt. Zdjęcia nie oddają całego uroku widowiska, ale na żywo to było coś! Po tak interesującym zakończeniu spaceru pozostaje nam przejście na pobliski przystanek autobusowy i powrót na kwaterę. 

Podejście na Zamek Lubelski




Zamek z bliska - jak widać mieści się tam muzeum






Wieczorny Plac Litewski i Grand Hotel


Spektakl światło i dźwięk























W niedzielę nie mieliśmy już czasu na zwiedzanie. Rano ostatni raz jedziemy na Stare Miasto - tam uczestniczymy we mszy św. trydenckiej w Kościele p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, następnie przechodzimy pod Bramę Krakowską, tam łapiemy autobus, wracamy po nasze bagaże, ładujemy je do samochodu i koło południa wyjeżdżamy. Podróż mija mi znów dość sennie. Po drodze kupujemy koszyk truskawek na plantacjach - truskawki okazują się niestety kwaśne i zeschnięte, nadają się tylko na koktajl (podejrzewam, że po prostu mieliśmy pecha i w innym punkcie lub w inny dzień owoce byłyby lepsze). Pod koniec trasy mały akcent górski - nadkładamy trochę drogi i zahaczamy o Ustroń, gdzie w sanatorium przebywa nasz dziadek. Pogoda co prawda jest trochę pochmurna, ale udaje nam się zobaczyć jakieś widoki. Dla mnie Beskidy to takie bardziej placki niż góry, ale jak to mówią, lepszy rydz niż nic, przynajmniej popatrzyłam na jakieś wzniesienia inne niż hałdy ;) Dziadek bardzo ucieszył się z odwiedzin, był już stęskniony za domem, choć w sanatorium ma dobrą opiekę i miłe towarzystwo. Po tych krótkich, acz miłych odwiedzinach bierzemy kurs na Rybnik. Nocuję u rodziców i do Katowic wracam dopiero następnego dnia - w poniedziałek.

Widok z balkonu w sanatorium dziadka

Podsumowując, zdecydowanie warto było odwiedzić Lublin! Na pewno chętnie jeszcze kiedyś tam się wybiorę, jeśli nadarzy się okazja. Najbardziej spodobał mi się Ogród Saski i Stare Miasto - uliczki przypominały trochę te w Krakowie. Na plus należy też zdecydowanie zaliczyć sprawną komunikację autobusową. Przewodnikiem na tej wycieczce byłą moja siostra Marta, dla której Lublin stał się chwilowo drugim domem. Jeśli o czymś zapomniałam wspomnieć w tej relacji, proszę ją o korektę ;) 
Myślę, że na blogu będą pojawiać się co jakiś czas teksty o zwiedzaniu różnych miast. W końcu nie tylko górami człowiek żyje - nawet człowiek tak zbzikowany na punkcie Tatr jak ja ;)

1 komentarz: