W Tatry Słowackie mieliśmy plan wybrać się już dawno. Mieliśmy nawet zarezerwowany pobyt. Ale wtedy przyszła pandemia, a potem związane z nią idiotyczne ograniczenia, więc zagraniczny wyjazd stał się na kilka lat z rzędu dla nas praktycznie nieosiągalny. Potem z przyczyn finansowych trzeba było się ograniczyć do pobytu (i to skróconego) wyłącznie w polskich górach. W tym roku nic już nam nie stało na przeszkodzie, znaleźliśmy więc odpowiednią kwaterę (w polecanej szeroko w internetach miejscowości Nova Lesna) i pojechaliśmy.
Znaczy to "pojechaliśmy" trochę nam zajęło, bo dotarcie w Słowackie Tatry Wysokie beż własnego samochodu wymaga trochę gimnastyki logistycznej. Kupujemy więc bilety na pociąg do Zakopanego, a potem na Flixbusa do Starego Smokowca. Pociąg mamy w nocy i na zakopiańskim dworcu wysiadamy nieco już wymiętoleni, a jeszcze druga część podróży przed nami. Mamy kilka godzin czasu do autobusu, włóczymy się więc po mieście i z racji niedzieli odwiedzamy kościół na Krupówkach. W południe ładujemy się do Flixbusa i ruszamy w dalszą drogę. Trasa na Słowację jest piękna, prawie całą drogę towarzyszą nam widoki na tatrzańskie kolosy. Coś tam przysypiam jak to w autobusie, ale wyłapuję szczególnie imponujący widok na Tatry Bielskie z Jurgowa. Do Starego Smokowca docieramy nawet przed czasem. Sprawnie lokalizujemy stację elektriczki (mamy prawie godzinę do odjazdu w interesującym nas kierunku), kupujemy od razu bilet tygodniowy (najbardziej się opłaca) i czekamy. Kolejka trochę się spóźnia, ale udaje nam się nie pomylić składu i bez przeszkód dojeżdżamy do Novej Lesnej (3 stacje). Już na stacji szczęki nam opadają z zachwytu nad widokiem - potężne szczyty Tatr Wysokich (Łomnica, Durny, Sławkowski itd.) jak na dłoni... Gospodarze witają nas radośnie i częstują kieliszkiem lokalnej śliwowicy. Są bardzo gościnni i serdecznie, a bariera językowa nie przeszkadza nam się dogadać (oni po słowacku, my po polsku). Wypakowujemy graty i podjeżdżamy jeszcze do Popradu po zakupy.
Kolejny dzień wita nas pięknym słonkiem, sprawnie więc się ogarniamy i jedziemy kolejką do Sztrbskiego Plesa. Z racji że to pierwszy dzień planujemy jakąś trasę na rozruch, chcemy podejść Doliną Młynicką do Wodospadu Skok, ewentualnie trochę wyżej. Coś nam się w międzyczasie zaczyna chmurzyć, prognozy straszą przelotnymi burzami. Ledwo mijamy parę zakrętów właściwego szlaku, a zaczyna kropić i grzmi tuż nad naszymi głowami... Po krótkiej naradzie zawracamy (z irytacją, że tak nam się wyjazd zaczyna).
Ledwo dochodzimy do Szczyrbskiego Jeziora, wypogadza się zupełnie... Siadamy na chwilę i naradzamy się. Próbujemy podchodzić jeszcze raz? Jakoś nam się nie chce, poza tym jak znowu zagrzmi i przyjdzie nam po raz drugi zawracać to mnie strzeli coś bardzo brzydkiego. Może przejść się do Chaty pod Soliskiem? Można by, ale gdzie zaczyna się szlak? W końcu proponuję trzecią opcję, która spotyka się z akceptacją wszystkich, przejdziemy się nad Popradzki Staw. Szlak odnajdujemy bez trudu, początkowo wiedzie lasem, a w lesie jak to w lesie, szału nie ma, ale za to jak wchodzimy na odkryty teren, jest na co popatrzeć. Najbardziej rzuca mi się w oczy otoczenie Doliny Złomisk (oglądane dotychczas tylko na cudzych zdjęciach, ale rozpoznaję bez trudu). Dolina Zlomisk to jest jedno z tych pozaszlakowych miejsc, które bardzo bym chciała odwiedzić. Szczyty w jej rejonie nie są raczej w zasięgu moich możliwości, ale już sama dolina stanowiłaby ciekawy cel. Szlak nad Popradzki Staw trochę przypomina nam ceprostradę z nad Morskiego Oka na Szpiglasową Przełęcz (tyle, że wiadomo, jest krótszy i nie tak pod górę).
Docieramy nad Staw i do schroniska, gdzie rozkładamy się na postój. Ja na chwilę odłączam się od reszty rodzinki i idę obczaić ścieżkę do Złomisk (nie, dziś się tam nie wybieram, po prostu ciekawa jestem czy uda mi się ją zlokalizować). Rzeczywiście łatwo ją odnaleźć, kawałek za schroniskiem idąc w stronę Magistrali, tabliczka z zakazem wstępu jest dodatkową wskazówką, że to tu. "Może kiedyś się tu przespacerujemy" myślę sobie i wracam do swoich.
Robi nam się już zaawansowane popołudnie, więc do zejścia wybieramy asfaltową drogę, którą docieramy do stacji kolejki Popradzkie Pleso. Popradzki Staw to takie Słowackie Morskie Oko - asfalt też podobny, tyle że krótszy i nie tak zatłoczony 😉
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz